Witaj w serwisie Regionalnego Tygodnika Informacyjnego
08/09/2010 22:19:00
Nawigacja

Strona Główna

Portal rti24.pl
Kamienna Góra
Lubawka
Kowary
Marciszów
Czarny Bór
Boguszów-Gorce
Bolków
Karpacz/Mysłakowice

Temat tygodnia
Kultura

Sport
Felieton

Numery archiwalne
Kina - repertuar
Program TV

Prenumerata
Regulamin serwisu
Regulamin ogłoszeń

Szukaj

Reklama

Mapa zasięgu
Cennik
Zasady przygotowania
  materiałów do druku
Formularz zlecenia-
  ogłoszenie ramkowe

Kontakt

Kamienna Góra
ul. Słoneczna 10
tel. 75/645-35-80
fax 75/645-35-80
redakcja@tygodnik.info

RTI zmieniło siedzibę


RTI
ZMIENIŁO SIEDZIBĘ

Zobacz więcej
Kategorie tekstów
Portal rti24.pl  Kamienna Góra  Lubawka  Kowary  Marciszów  Czarny Bór  Boguszów-Gorce  Bolków  Karpacz/Mysłakowice  Kultura  Sport  Felieton

Pisane na bujanym fotelu

Rozprawa o jajach

Tydzień temu było o piersiach, dzisiaj będzie o jajach. O jajach, bo święta idą jajeczne. A święta, to tradycja, wiosna, wieś – nasze korzenie. O wsi najpiękniej pisał… nie, nie Kochanowski. Redliński, proszę państwa. W jego „Konopielce” jest fragment o szukaniu jajka. Jednego jajka, które zgubiła gdzieś kura zwana bezogoniatą:

„Przeszukał ja i żłoby i pód żłobami, chlew krowiaczy i koński. W stodole kąty sprawdził. Grochowiny pod oczapo obmacał. W chlewach słome na rosztach przeszukał. Stodołe obszed wkoło. Wiory i trocienie koło chrostu przetrząsnoł. Pod gałęzi zaglądnoł. W łopuchi pod gruszkami, pogniłe śmieciate zajrzał, czy tam dzikiej jamki nie wysiedziała, jajka nie schowała. I nic, ni widu, ni słychu, nima zguby nigdzie”.
Dalej bohater angażuje do poszukiwań żonę Handzię. Handzia, mądra kobieta, postanawia najpierw sprawdzić, czy kura w ogóle jajko zniosła. Oto, jak to się odbyło (niech korekta nie poprawia!):
„Nachodzim z Handzio czujnie na te zaraze bezogoniate, suniem noga za nogo, cicho jak po szkle, ręce wszerz rozłożone. Raptem ona znowuś jak nie smyrgnie dołem! Ale tym razem źle trafiła, między nogi Handzine: Handzia przysiada, po babsku w spodnicach kolanami ściska i cap jo pod skrzydła i siup palec w dópe. Nima jajka, ogłasza, zatracone!”
Jak się okazało, bezogoniata zamiast w sieni, jak wszystkie porządne kury, jajko zniosła w gałęziach. Kiedy chłopska para z mozołem te gałęzie jedna po drugiej odgarnęła, kiedy spod nich wygrzebała liście, dopiero zdarzyła się tragedia. Handzia przez nieuwagę stanęła na to szukane jajko. I co? Zamurowało ją ze strachu. Chyba słusznie, bo za takie marnotrawstwo dostała od męża lanie i wcale nie był to śmigus-dyngus. Wcześniej oberwała też nieznośna kura.
Tak to na wsi bywało całkiem niedawno, bo jakieś pół wieku temu. Zatracić jajko to był grzech, nieszczęście i powód do gniewu. Kto nie widział rodziców czy dziadków, którzy, jak u Redlińskiego, jajka po całym gumnie szukali, ten nie zrozumie. Ja widziałem, więc rozumiem.
Wychowałem się na wsi, u dziadków. Były u nas konie, krowy, świnie, króliki i oczywiście kury. Jajka stanowiły podstawę codziennej diety i jadało się ich tyle, że dzisiejsi spece od żywienia dostaliby zawału na sam widok. Dziadek Władek od tego dzień zaczynał. Na czczo wypijał ze skorupki jedno lub dwa jajka (wiadomo, że drugie już na czczo nie było), zaprawiając to kieliszkiem wódki. Szedł w pole, a kiedy wracał na śniadanie po dwóch, trzech godzinach, na stole obok serów, masła, pasztetów i wędlin czekały jajka. Ja uwielbiałem sadzone, na maśle lub smalcu – domowym rzecz jasna. Przygotowane przez babkę Marysię na kuchennej płycie smakowały tak, że do dzisiaj mam ten smak w ustach. (Podobnie jak smak Jej królika w śmietanie, domowego chleba, masła czy zwyczajnych ziemniaczanych placków). Na obiad bywały jajka w żurze lub szczawiowej, na kolację znów gotowane, na miękko lub na twardo.
Jajka w gospodarstwie dziadków znajdowało się wszędzie: w stodole, w drewutni, w stajni, na strychu. W kurniku rzecz jasna najwięcej, ale niektóre kury, jak bezogoniata u Redlińskiego, potrafiły się nieść gdzie popadło. Tragedie z tego powodu bywały tęgie (choć nikt nigdy nie wziął za to lania), bo jajka padały łupem naszych albo sąsiadów kotów. Czasem dorwał się do nich lis, a czasem kuna. Rozbite skorupki znajdowaliśmy potem w sianie, słomie czy wiórach. Wszystkie całe, my, dzieciaki, znosiliśmy babce do wielkiego glinianego garnka. (Po wyglądzie babka potrafiła rozpoznać, która kura je zniosła.) Tam leżakowały, ale nie za długo, bo wielopokoleniowa rodzina zjadała je prawie natychmiast. Nie pamiętam, czy mając kilkadziesiąt kur, dziadkowie w ogóle jajka sprzedawali.
Na Wielkanoc, jak u wszystkich, odbywało się u nas wielkie malowanie jaj. Nie pytajcie mnie o technikę – ta praca należała do kobiet i dziewcząt i chłopcy wcale się do niej nie garnęli. Na pewno gotowało się jajka w cebuli i w burakach, by nabrały kolorów, a potem przyozdabiało ręcznie. Na koniec kilka najładniejszych trafiało do koszyka ze święconką, a reszta zdobiła świąteczny stół. Obok pisanek w koszyku niosło się do kościoła rzecz jasna jajka niemalowane. Od nich zaczynało się świąteczne śniadanie i składanie sobie życzeń. I chociaż trudno w to uwierzyć, w te świąteczne dni pochłanialiśmy jeszcze więcej jajek niż zwykle.
Czy dzisiejsze jajka pachną? Czy jest w nich jeszcze żółtko lub białko? Czy różnią się czymś poza pieczątką producenta? Nie wiem, dla mnie wszystkie są takie same. Bez zapachu, bez smaku, powiedziałbym nawet bez kształtu. Biorę je do ręki, wbijam na patelnię i tyle. Zjadam bez zachwytu, jak dzisiejsze szynki czy kiełbasy. Na co dzień o tym nie myślę, że jajko nie jest już jajkiem. Ta myśl wraca do mnie jednak nachalnie co święta. Wraca zapach tych świąt u dziadków, najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa.

Życzę sobie, bym zawsze umiał je przywołać. Życzę Wam, bo wiem, że macie podobne, by przyszły do Was w ten świąteczny czas. A z nimi spokój, radość i obecność bliskich. Wesołych świąt i smacznego mimo wszystko jajka!


Janusz Chodasewicz

Więcej w numerze
07/04/2010 18:50 · Napisz komentarz (0) · Drukuj

Pisane na bujanym fotelu

O walce na piersi

Feministki ruszyły do boju na Ukrainie i w Polsce. Jakby się umówiły, niemal równocześnie dały znać o sobie. Dały znać za sprawą piersi, które można było obejrzeć w telewizji i na portalach. Jak każdy facet lubię piersi oglądać, więc popatrzyłem. Przeczytałem już jakby od niechcenia, o co ten transgraniczny szum.

Ukrainki z feministycznej organizacji Femen oburzyły się wypowiedziami czołowych polityków swego kraju. Najpierw, podczas kampanii wyborczej, kandydat, a obecny prezydent, Wiktor Janukowycz powiedział, że miejsce kobiet jest w kuchni, a nie w polityce. Potem nowy ukraiński premier, Mykola Azarow, stwierdził, że zajmowanie się reformami nie jest sprawą kobiet. To była jego odpowiedź na pytanie, dlaczego w kierowanym przez niego rządzie nie ma ani jednej pani. Czy można się dziwić, że Ukrainki poczuły się urażone? Nie można. Za to broń, po jaką sięgnęły, dziwi i to bardzo. Zdesperowane panie użyły bowiem najcięższego kalibru: zaapelowały do żon i kochanek ministrów, by odstawiły ich od łoża. Apel ten feministki wygłosiły przed siedzibą rządu, odsłaniając sporo swoich wdzięków, chyba po to, by politycy popatrzyli sobie na nie ostatni raz. Politycy i fotoreporterzy.
Popatrzyłem i ja i zrozumiałem, jak sroga czeka ministrów kara. Wiadomym jest bowiem, że każdy normalny facet, polityków nie wyłączając, bez piersi nie wytrzyma dłużej niż… (tu proszę sobie wpisać, panowie, ile jesteście w stanie). Znam takich mężczyzn, niby chłopy na schwał, którzy bez piersi jednej nocy nie prześpią. Słyszałem o takich, którzy za ten cud natury są gotowi oddać wszystko: pieniądze, sławę i władzę. Dlatego nie wróżę dobrze Janukowyczowi, Azarowowi i reszcie ukraińskich polityków. Pękną na pewno i posuną do pań z kwiatkami. Na kolanach.
Napisałem to i zaraz mnie naszły wątpliwości. Bo czy polityk to jednak normalny facet? Panie Boże broń, żebym ja zwykłą męskość u któregokolwiek z naszych, a tym bardziej ukraińskich polityków kwestionował. Naczytałem się jednak wiele o tym, jak władza upaja, unosi i kręci niektórych bardziej niż seks. Zatem czy Ukrainki z Femenu dobrze zagrały, pokazując biusty? Czy facetom, którzy budują armie i elektrownie, stadiony na Euro i huty, utrzymują w granicach Krym i Zaporoże, potrzebny jest jeszcze seks? Może ta manifestacja kobiecej siły przeciw paniom się w końcu obrócić. Nie dość bowiem, że do rządu nie wejdą, to stracą zainteresowanie, którym jeszcze obdarzali je ministrowie. Nasi korespondenci powinni śledzić tę sprawę z najwyższą uwagą.
Kiedy Ukrainki walczą z seksistowskimi wypowiedziami głównych polityków, nad Wisłą trwa zawierucha z powodu seksistowskiego hasła: „Piersi pracownic kontroluję sam”. Hasło to wymyślił ktoś, kto chciał zachęcić kobiety do badań mammograficznych. Nie wiadomo, czy zachęcił, ale na pewno ciśnienie wielu paniom podniósł. U nas jednak kobiety nie mają tak łatwego jak na Ukrainie zadania, bo autor hasła pozostaje w ukryciu. Nikt przy zdrowych zmysłach (chyba że Janusz Korwin-Mikke) nie odważyłby się pod czymś takim podpisać. I w tym widzę sporą różnicę na korzyść Polski, choć medialny szum w Kijowie i Warszawie był podobny. U nas co prawda feministki nie pokazały piersi, ale w ramach zemsty postanowiły same badać facetom prostaty.
Z tego faktu, że w naszym kraju (przypominam przy okazji wszystkim politykom, że Polska to jest „nasz” kraj, a nie „ten” kraj, jak często mówią) przedstawiciele rządu nie atakują kobiet, a pan prezydent chyba tylko raz miał incydent z „małpą w czerwonym”, nie można snuć zbyt pięknych wniosków. Bo pięknie u nas nie jest – niby kobiet nikt nie dyskryminuje, ale też wielu facetów nie może się pozbyć uczucia wyższości wobec nich. Pobłażliwy ton, ironiczny uśmieszek, patriarchalna poza wyłazi czasem z tych, których nikt by o seksizm nie posądzał. To dziwne w kraju, w którym ciągle na co dzień panie całuje się w rękę, ustępuje im miejsca w autobusie lub pociągu i przepuszcza w drzwiach. (Niektóre wojujące feministki nawet te przejawy męskiej wobec pań postawy są gotowe uznać za antyfeminizm. O ekstremach jednak dziś mówić nie będziemy.)

Rozwiązać tę sprzeczność mogą chyba tylko socjolodzy, etnolodzy i seksuolodzy. Tymczasem ja apeluję o zrozumienie i zawieszenie broni. Niech już panie piersi na demonstracjach nie pokazują, raczej niech zostawią je na lepsze okazje. A panowie niech nie zgrywają kozaków. Historia zna wiele przykładów na to, że na widok biustu w kąt idą szable. Tym razem będzie tak samo. Ukraińscy politycy prędzej czy później przeproszą i ustąpią pola. Nasz rodzimy autor hasła o badaniu piersi pracownic też wymięknie, jak dorwą go feministki. I wiem już nawet, co mu wtedy zbadają. Nie współczuję, choć na pewno cienko po tym zaśpiewa.


Janusz Chodasewicz

Więcej w numerze
31/03/2010 19:04 · Napisz komentarz (0) · Drukuj

Pisane na bujanym fotelu

O liderach i nadziei

Znowu miało być ostro, a w końcu zrobiło się całkiem miałko. Ostre stanowisko przewodniczącego Kurowskiego, by wywalić starostę z roboty, stępiło się o przepisy prawa. Nie można przecież przed upływem sześciu miesięcy od poprzedniej próby poddać odwołania pod głosowanie. Przewodniczący o tym na szczęście w porę sobie przypomniał.

Tym razem poszło o zwolnienie szefowej wydziału oświaty w starostwie, którą sąd przywrócił do pracy. Zdaniem przewodniczącego to kolejny dowód, że starosta utracił zdolności przywódcze i nie sprawdza się jako organizator pracy w powiecie. Należałoby go wymienić na inny egzemplarz i pan przewodniczący już chyba nawet wie, na który. A tymczasem trzeba czekać i to najpewniej aż do nowych wyborów.
Kupić, nie kupić, potargować warto – myślał zapewne przewodniczący, który wzniecił ogień i natychmiast go zgasił. Publika miała o czym mówić i na pół roku przed wyborami przypomniała sobie o takich zacnych naszych reprezentantach, jak przewodniczący i starosta. Obaj panowie serdecznie się nie znoszą od chwili, kiedy przewodniczący nie dostał od starosty zaproszenia na zarząd. Kurowski od tego czasu chodzi z fochem (nie mylić z Fochem, marszałkiem Francji i Polski) i na starostę, kiedy ten nie słyszy, już nie mówi Leszek. Zapomina przy tym Dariusz Kurowski, że na zarządy nikogo, a tym bardziej przewodniczącego, zapraszać nie trzeba. Kto ma ochotę, przychodzi, siada i słucha.
Mimo że z tej chmury żadnej ulewy nie było, nieprzyjemny kapuśniaczek uświadomił nam, że zbliżają się wybory. A jak się zbliżają, to czas zastanowić się, kogo nam przyjdzie wybrać. I tu mamy dylemat, bo wybierać nie ma z kogo. Oprócz wspomnianych wyżej panów na listach będziemy mieli niechybnie nie mniej znanych kandydatów do przewodnictwa w powiecie. Będzie to najpewniej znów Marek Dańczak, który chciałby zamienić CK na KC (tak mi się napisało, bo starsi mieszkańcy pamiętają, jaki komitet w budynku starostwa się mieścił). Może to być Zbigniew Bednarek, sojusznik Dańczaka, i może to być Andrzej Świątek – sojusznik swego brata. Obok nich brat wojującego z wałbrzyskimi wodociągami wójta, czyli Ryszard Zawierucha. Nie wiadomo, o co zawalczy Jarosław Geborys, załóżmy, że jednak o starostwo, a nie o ratusz. Kogo z wymienionych chcielibyście widzieć na miejscu Leszka Jaśnikowskiego? Jeśli o mnie chodzi, poproszę o nowy zestaw nazwisk.
Niestety, tego zestawu brak. Pisałem już o tym, że brak nam w powiecie liderów, kiedy Marian Kachniarz nie przedłużył swojej przygody ze starostwem. Dziś nie wycofuję się z tej opinii, chociaż zdaję sobie sprawę, że każdy z wymienionych samorządowców poradziłby sobie jako starosta. Jeśli ktoś myśli, że teraz wpadam w sprzeczności, odpowiadam, że nie. Otóż wszyscy panowie poradzą sobie jako najwyżsi w powiecie urzędnicy. Bycie starostą nie znaczy jednak to samo, co bycie liderem. Ktoś, kto ma pełnić tę funkcję, nie powinien ograniczać się do spraw czysto organizacyjnych czy reprezentacyjnych. Wódz, lider, przywódca ma mieć wizję, do której przekona wyborców i swój urzędniczy aparat. To człowiek, który tę wizję zrealizuje z poświęceniem i żelazną dyscypliną, ktoś, komu wyborcy dadzą kredyt zaufania, a kiedy trzeba, poprą to czynem. To wreszcie ktoś, kto swoją postawą nie uwikła nas w sytuacje, jakie stały się naszym udziałem na przykład za sprawą burmistrza Artura Zielińskiego.
Wyborczy dylemat zmienia się w dramat, kiedy uświadomimy sobie, że na wybór starosty wpływ mamy mocno ograniczony. Przecież to ciągle partie i partyjki wybierają spośród swoich. Wyborcy wyłaniają radnych, a ci powołują starostę. W takim systemie liczy się układ partyjny, koalicyjny lub zgoła inny– starostą może zostać ktoś wcale nie najmądrzejszy i silny, ale głupszy i słaby, by można nim było sterować z drugiego fotela. Niestety ustawodawca uznał, że wyłonienie starosty w wyborach bezpośrednich może ludzi przerosnąć. Nie wiadomo zatem, dlaczego zostawił w ich rękach wybory prezydentów miast, które wielkością przerastają nasz powiacik o głowę.
Wybory jesienią, a wcześniej czekają nas emocje związane z wyborem dyrektora technikum przy Traugutta. Według niektórych, a ja jestem gotów przychylić się do tej opinii, w zasadzie jest już po wyborach. W ostatnim dniu przyjmowania wniosków zgłosił się bowiem do tej roboty były burmistrz, a obecny prezes spółdzielni szarotka – Andrzej Mankiewicz. A jak się zgłosił, inni kandydaci mogą odebrać swoje papiery. Dlaczego? Wystarczająco jasno opisaliśmy to na stronie 3.

Zamiast błyskotliwej puenty mam do Państwa prośbę. Wbrew temu, co nasuwa się jako wniosek z dzisiejszego bujania, nie traćcie wiary w demokrację. Wierzcie w nią, a nie w układy. Tym, którzy nie wierzą, pozostaje tylko nadzieja, że kandydat z układu, czy to na starostę czy na dyrektora, jest tym najlepszym ze wszystkich. Ja taką nadzieję mam i będę się jej trzymał.


Janusz Chodasewicz

Więcej w numerze
24/03/2010 17:26 · Napisz komentarz (0) · Drukuj

Pisane na bujanym fotelu

Pod ścianą płaczu

Polska zieloną wyspą na mapie Europy! Jedyny kraj na plusie w czasie gdy inne, jak na przykład Grecja, są na skraju bankructwa. Nasze firmy zwiększają eksport i śmiało wchodzą na nowe rynki lub odzyskują stare – takie propagandowe hasła płyną do nas z rządu i od przedstawicieli przewodniej dziś partii. Rząd i Platforma obwieścili już nawet koniec kryzysu. Warszawa jest może w stanie w to uwierzyć, ale my na prowincji wiemy swoje. Kryzys się nie skończył i jak tegoroczna zima nie ma zamiaru odpuścić. Mogą być (obym się mylił) bankructwa i dramaty pracowników i pracodawców.

W tym tygodniu odbyłem kilka rozmów z właścicielami dużych firm. Wszyscy w biznesie siedzą długie lata i zaprawieni są w ciężkich bojach jeszcze od komuny. Z tym jednak, co dzieje się dzisiaj, nie radzą sobie i nie jest to wcale ich wina. Takie czasy, że kto nie ma na koncie grubych milionów, dziś nie może ruszyć z produkcją albo nawet zapłacić pracownikom pensji.
– Wykonałem dużą robotę już w grudniu – mówi jeden z biznesmenów – ale do dziś nie doczekałem się odbioru. Odbiór zamroziła zima, a wraz z nim kilka milionów złotych. Potrzebuję na gwałt pół miliona na płace.
– Mam duże pewne zamówienie, mogę natychmiast ruszać z produkcją, ale nie mam pieniędzy na materiał – mówi inny przedsiębiorca. – Nie pożyczę od babci czy kolegi, bo to są duże sumy. Walczę więc z bankami.
Jednak banki, które jeszcze rok, półtora roku temu wręcz wciskały biznesmenom kredyty, teraz są sztywne jak pal Azji i odrzucają prośby o wsparcie. Domagają się coraz to nowych analiz, zestawień, biznesplanów. Księgowi pracują, dosyłają, po czym okazuje się, że z kredytu nici. Dziś, jak dwadzieścia lat temu, żeby wziąć z banku sto tysięcy, trzeba dać zabezpieczeń na trzysta. Najlepiej na lokacie w tymże banku.
Duzi mają kłopoty, ale różowo nie jest też u małych. Małe firmy potrzeby mają mniejsze, ale – jak mawia jeden z moich kolegów przedsiębiorców – to tylko kwestia zer, bo kłopoty są takie same: brak środków już nie tylko na inwestycje, ale i na obrót. Efekt? Nieuchronne zwolnienia pracowników i oszczędności posunięte do absurdu. Gdzieś jednak jest kres tego wszystkiego – nie da się przecież zbudować domu z trzciny czy drogi z piasku, tak jak nie da się wydrukować książki na papierze toaletowym. Właściciele firm stają przed ścianą płaczu. Nie jest to jednak tylko ich ściana.
Niestety, tego faktu nie dostrzega ani rząd, ani samorządy.
– Wygrałem przetarg, dzięki któremu mogłem myśleć o utrzymaniu załogi przez dwa lata – opowiada doświadczony budowlaniec. — Jednak inwestor przetarg unieważnił, a ja będę musiał zwolnić dwudziestu ludzi.
Okazało się, że jego zwycięska oferta o kilkadziesiąt tysięcy przekraczała zagwarantowane przez inwestora środki. Zlecający miał więc prawo przetarg unieważnić i tak zrobił. Gdyby jednak znalazł gdzieś te brakujące pieniądze, miejscowa firma miałaby pracy na dwa lata. W kolejnym przetargu może przecież zwyciężyć ktoś z Polski, a tubylcy pójdą na zasiłek.
Wszyscy wiedzą, że największe możliwości oddziaływania na gospodarkę ma państwo. Kiedy jednak państwo jest w tej sprawie tak bierne jak dziś, z pomocą przedsiębiorcom powinien przyjść samorząd. W trudnych czasach może rozłożyć im na raty lub umorzyć podatki, kierować (kiedy można) zamówienia do lokalnych firm, tworzyć fundusze poręczeń i uruchamiać projekty na zasadzie partnerstwa publiczno-prywatnego. Tymczasem samorządy nie tylko ustawiają się do takich pomysłów plecami, ale blokują firmom konta, by odzyskać zaległości. To polityka bardzo krótkowzroczna, chociaż może i przysparzająca popularności.
To jak to – ktoś z Państwa zapyta – samorząd ma dopłacać do biznesu Kowalskiego czy Wiśniewskiego? My wszyscy mamy dopłacać z naszych podatków? Według mnie mamy. Nie po to, by Kowalski sobie nowe auto kupił, ale by nadal zatrudniał 50 czy 100 ludzi. Bo ci ludzie przyjdą do Nowaka po buty, a do Kwiatkowskiego po telewizor.

Tytułową ścianę płaczu możemy zmniejszyć, a nawet zburzyć. Trzeba jednak, by nasi burmistrzowie i starostowie nie zachowywali się jak rząd. Borykających się z problemami firm nie można zostawić samych sobie. Ich właściciele, jak mawiał Urban o rządzie Jaruzelskiego, wyżywią się sami. Gorzej z pracownikami, którzy mogą trafić na bruk.


Janusz Chodasewicz

Więcej w numerze
17/03/2010 17:12 · Napisz komentarz (0) · Drukuj
Strona 1 z 17 1 2 3 4 > >>
Reporterzy

Nasi reporterzy:

Kamienna Góra
Monika Kobeszko
793-456-138
monika.kobeszko
@tygodnik.info


Kowary
Karpacz
Mysłakowice

Anna Pisulska
693-114-168
anna.pisulska
@tygodnik.info


Marciszów
Lubawka

Piotr Słowiński
604-562-506
piotr.slowinski
@tygodnik.info


Czarny Bór
Bolków

Barbara Kawecka
509-976-642
barbara.kawecka
@tygodnik.info


Boguszów-Gorce
Robert Włochal
501-235-405
robert.wlochal
@tygodnik.info


Sport
Grzegorz Tomaszewski
508-163-651
grzegorz.tomaszewski
@tygodnik.info

Dział reklamy

Ewa Nawrocka
793-456-139
ewa.nawrocka
@tygodnik.info

Michał Szulc
508-163-649
michał.szulc
@tygodnik.info

Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Zarejestruj się.

Zapomniałem/am hasła....